|
- Jednak jest bluz-krieg!
Na moje wyszło! -rzekł do brata Leszek. Siedzieliśmy w piekarni "Ontario
Bread Company". Przysłuchiwałem się rozmowę braci Wawrowych o ich walce
z konkurencją.
- Oni wpadli poważnie, Lesiu,
przyznaję, ale to jeszcze nie klęska.
- Zgadza się! - potwierdził
Leszek. - I co za przypadek! Pan wie, kto zdradził ich zdradzieckie źródło?
Piekarz Drozd. Ten szlachcic...
- Co nigdy nie używał koloru?
- Tak jest. I biała czysta
go zgubiła. Wyrzuciłem go z piekarni, potem dorabiał part-time u nich,
ale nawet oni też go wyrzucili. Zbyt często sięgał za ucho... - I z zemsty
doniósł na nich na policję?!
- A skąd. Całkiem inaczej.
Drozd siedział w restauracji "Pirate Cave" na Bloorze i niechcący podsłuchał
rozmowę dwóch "trokerów", Polaków, którzy w wozach mieli towar z rezerwatu
Indian. Zrobili tu chwilowy stop dla uczczenia udanego biznesu i swobodnie
sobie rozmawiali. W tej "Jaskini Pirata", wśród głośno mówiących Kanadyjczyków,
żadnego rodaka się nie spodziewali. Z ich rozmowy wynikało, że swój ładunek
zamierzają złożyć w magazynie u wynajętego hurtownika. Po dopiciu piwa
i skończeniu lunchu udali się na parking do swoich "troków". Drozd postanowił
za nimi iść i ich śledzić. Chciał zdobyć adres tego magazynu. Wsiadł do
swego wozu i ruszył za nimi.
- A miał wóz?! - przerwałem
Leszkowi jego zwyczajem.
- Tu każdy ma. W Kanadzie
nie sztuka. Tak eskortując ich, wkrótce zajechał do Mississaugi i stanął
przed składem hurtownika. Kierowcy zaczęli wyładowywać towar całymi "kejsami".
Drozd gwizdnął i zatarł ręce. "Ale hurt! Od tych uch głowa puchnie", ucieszył
się. Zapragnął teraz za wszelką cenę je zdobyć, by zapewnić sobie wreszcie
stały, darmowy zapas. W nocy zakradł się tam, wybił szybę w oknie i wszedł
do środka. Zaczął pospiesznie ładować butelki. Miał jednak pecha. Akurat
ulicą jechał nocny patrol. Policjant zwrócił uwagę na podejrzany ruch przy
magazynie i skulonego gościa ładującego coś do wozu. Na widok zbliżającego
się policjanta Drozd próbował uciec, ale został schwytany na gorącym uczynku.
Przy okazji włamania odkryto nielegalny towar w środku. Policja zatrzymała
właściciela "warehousu i zaczęła go przesłuchiwać. Gość twierdził, że
nic nie wie o źródle wódki, została mu podrzucona i nie jest jego. "A czyja?!"
- pytali policjanci. Po dociśnięciu do muru, w strachu o własną skórę,
zdradził w końcu, że cały towar należy do Bruno Joya. I w ten sposób "pan
Gregory do gorzały zawsze skory" zrobił nam podarek. Podsłuch w "Jaskini
Pirata" zaowocował.
- No właśnie - wszedł mu
w słowo Major - dzięki durnemu włamaniu Drozda i jego nieprzepartej chęci
chwycenia za ucho, kanadyjska policja dotarła do źródła napędu piekarni
naszych przeciwników. A mówiłem. W Kanadzie taki szwindel się nie opłaca.
Po prostu się nie opłaca. Głupota. Małpi biznes. Zawsze w końcu się wpadnie.
- I wpadli -przyznał Leszek.
-Policja zamknęła im kurek z energią. Thats it! - podkreślił to demonstracyjnym
złamaniem wykałaczki.
- A co zrobili z Bruno Joyem?
- dopytywałem się.
- Też zamknęli. Ale na krótko.
Po paru dniach wyszedł za kaucją. Cały towar wyceniono na ponad trzy miliony
dolarów, skonfiskowano i kazano mu zapłacić karę. Jego majątek, jak donieśli
mi ludzie, wyniósł ponoć osiem milionów. Tyle tych diabelskich dolarów
zbił na tym handlu z Indianami...
- I co? Zapłacił?!
- A skąd. Spotkałem go niedawno
na Roncesvalles i mówię, że słyszałem o jego kłopotach. Tyle milionów straciłeś
i musisz teraz płacić... "Ja?! Z czego?! - zdziwił się, pokazując puste
kieszenie. - Ja nie mam ani centa, kochany. Chodzę goły jak święty turecki".
A te miliony? Nie udawaj Greka. Przecież wiem. Sam kiedyś się chwaliłeś...
"To żony. Ja na zasiłku, kochany. Mogą mi ściągnąć z welfare" - zaśmiał
się bezczelnie.
- I nie ściągną. Tu Kanada.
Odpowiedzialność rodzinna nie istnieje. Bruno cały swój majątek przepisał
na żonę i wobec prawa nie ma nic. Jest w pełni kryty. Nic mu nie grozi.
Chyba, że żona Ada puści go z torbami, to tak, ale nie Kanada. Kanada go
nie tknie, kurcza. Taki to miły, łagodny kraj dla małpiego biznesu, towarzyszu
pisarzu - skwitował to po swojemu Major.
- W sumie jednak po wypieku.
Daleko z chlebem "powszednim" nie zajadą. Skoro kurek z pieniędzmi zamknięty
- stwierdziłem.
- To nie jest powiedziane.
Nie świętujmy zwycięstwa przed metą. Wszystko w rękach Ady. Ada teraz tym
kurkiem włada. A jak mi wiadomo, Mr. Joy nie jest taki chojrak. Są od niego
lepsi.
- Tak jest - chrapnął z
uciechy Leszek. - I przez durnotę Drozda twardy Joy może wrócić do rodowego
nazwiska, które brzmi, jak wiadomo, Szczęśniak. - Zgadza się. Tylko Bruno
o tym jeszcze nic nie wie. Jak każdy zdradzony mąż dowie się ostatni -
dokończył Major.
|
|